sobota, 31 stycznia 2015

McDusia: Frytki kontra poezja

bez spojlerów

Borejkowska kuchnia, czyli synonim rodzinnego ciepła, miejsce, w którym tajemnicza magia sprawia, że wszyscy czują się jak u siebie w domu, a nawet lepiej, została w dziewiętnastym tomie Jeżycjady Małgorzaty Musierowicz, McDusi, przemianowana na pomieszczenie upokorzeń. Tyle, że sama autorka najwyraźniej tego nie dostrzegła.

„McDusia” rozpoczyna się przed świętami Bożego Narodzenia, gdy w odwiedziny do Borejków przyjeżdża Magda Ogorzałka, jedna z córek Kreski i Maćka. Nastolatka ma za zadanie posprzątać mieszkanie po zmarłym niedawno Dmuchawcu. Trafia do ciepłego domu Borejków i… Zaraz, zaraz! Nie takiego znowu ciepłego. Magda jest nieustannie atakowana przez Idę, która przeszła niebywałą metamorfozę od „Idy sierpniowej”. Umiłowanie nastolatki do tłustych potraw, frytek i chipsów jest krytykowane i to wcale nie dyskretnie. „McDusiu, nie bierz dokładki, nigdy nie bierz dokładki, pamiętaj! Miło będzie poczuć wreszcie ten błogosławiony luzik w pasie!” czy „Najadłaś się? […] Błąd, McDonaldusiu...” to słowa uwielbianej przez fanów serii Idy, która w tej książce stała się postacią nie do zniesienia. Wiem, że przez lata charakter Idy mógł się zmienić, a pisarz ma prawo do zmiany bohatera pozytywnego w negatywnego, jednak nie jest to przypadek choćby Pyziaka, który z biegiem lat stał się synonimem czystego zła. Ida w „McDusi” jest w swojej wredocie bezkarna – nikt, ani rodzina, ani narrator, nie zwraca uwagi na jej nietakt wobec gościa, jest to przyjęte jako coś najzupełniej w świecie normalnego. Jakie przesłanie niesie za sobą taka kreacja bohaterki? Pamiętajmy, że grupą docelową książek z cyklu Jeżycjady są nastolatki, które po takiej lekturze mogą poczuć się co najmniej nieswojo. Pisałam już w recenzji Wnuczki do orzechów, że po komentarzach czytelników Musierowicz najprawdopodobniej przejrzała na oczy i w kolejnym tomie próbowała zrehabilitować Idę, jednak mam wrażenie, że jest już za późno na jakiekolwiek odkupienie. Kochana przeze mnie Ida została zniszczona.

Podobnie bestialsko Musierowicz obeszła się z Laurą, drugą moją uwielbianą w czasach wczesno nastoletnich bohaterką. Laura zawsze byłą zadziorna, tajemnicza i nie dawała sobą kierować. To indywidualistka, która chodzi własnymi drogami i nie przejmuje się opinią otoczenia. W „McDusi” Laurę zastąpił jakiś lauropodobny stwór, który snuje się po domu w przedślubnym rozmarzeniu i nie ma właściwie żadnego charakteru. Oto, jak zachowuje się w tym tomie „Laura”: „– Aadammm... – powiedziała nagle zniżonym głosem Laura i przymknęła tygrysie oczy”. Chyba niczego więcej dodawać nie trzeba.

Mogłabym rozpisywać się o kolejnych bohaterach, którzy w „McDusi” są bezkreśnie irytujący: Józef, agresywny maruda narzekający na cały świat, cierpiętnica Gabriela, która od trzydziestu lat nie potrafi przeboleć porzucenia, Grześ, czyli Człowiek bez Charakteru, służący Gabrysi za dodatek do stroju czy Łusia, denerwująca dwunastolatka poprawiająca błędy językowe wszystkich wokół. Powstrzymam się przed analizą ich zachowania, ponieważ nigdy nie skończyłabym pisać tej recenzji. Muszę jednak odnieść się do postaci Pyziaka, z którym chyba wraz z tym tomem ostatecznie się pożegnaliśmy. Przez lata Musierowicz robiła z niego najgorszego tyrana, pijaka i prymitywa, jednak im więcej gąb mu przypisywała, tym bardziej było mi go żal i czułam do niego coraz większą sympatię. Na zakończenie Pyziak został „człowiekiem, które nie umie kochać” i tym sposobem Musierowicz wprowadziła swoją nienawiść do tego bohatera na zupełnie inny poziom. Jak tu walczyć z tym złem w najczystszej postaci?

Właściwie nie wiemy, kto jest głównym bohaterem tej książki. Tytuł wskazywałby na to, że to Magda, jednak treść temu przeczy. Narracja skupia się na tak wielu postaciach, że nie da się jasno określić, kto jest bohaterem, chyba że uznamy „zbiorowość Borejków” za takowego. Podejrzewam, że Ogorzałka została wprowadzona do książki z następujących powodów:

a) Aby Ida miała się na kim wyżyć, a autorka miała okazję do słabo ukrytej krytyki osób, które nie są szczupłe
b)  Aby Ignacy i Józef mieli kolejny pretekst do kłótni i bójek
c) Aby pokazać, jak ta współczesna młodzież nie szanuje tradycji i poezji

Wątek poezji jest w „McDusi” wątkiem nadrzędnym. Ignacy wszelkimi sposobami stara się namówić niechętną wierszom mistrzów Magdusię do spojrzenia na poezję przychylniejszym okiem. Tak samo Musierowicz próbuje nawrócić na ten gatunek młodych czytelników. I nie sądzę, aby odniosła jakikolwiek sukces. Czytanie poezji jest rozrywką bardzo niszową i nie zmieni się to po tych moralizatorskich, ganiących i bardzo nauczycielskich namowach autorki. W ten sposób nie da się zachęcić nastolatków do poezji.

„McDusia” jest pełna nielogiczności, absurdalnych zachowań i nieśmiesznego humoru. Zabrałam się za tę książkę drugi raz ze względu na recenzję i muszę przyznać, że ciężko było mi przez nią przebrnąć, ponieważ nagromadzenie absurdu było zdecydowanie ponad moje siły. Jak już wiemy, „Wnuczka do orzechów” okazała się odrobinę lepszą lekturą, jednak nie daje nadziei na powrót dawnej Jeżycjady. Na koniec przytoczę cytat z rozmowy, która co prawda dotyczy profesora Dmuchawca, jednak idealnie pasuje do sytuacji, w jakiej znaleźli się wierni czytelnicy serii:

– Wszyscy go żałują – odezwał się współczująco Ignaś, a Magda bez słowa podała jej opakowany prezent.
– Wszyscy, prawda? – ożywiła się pani Aurelia. – Wszyscy czują, kogo utracili
”.

_______________________________________

Jak obiecałam, tak zrobiłam - wylałam moje żale dotyczące tej książki ;) Naprawdę nie zdołałam się doszukać żadnego pozytywu w tym tomie. Wcześniejszych książek nie będę recenzować. Poczekam na "Feblika" ;)

Recenzja bierze udział w wyzwaniu Polacy nie gęsi.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...