środa, 11 lutego 2015

Birdman: Rozwiń skrzydła

bez spojlerów

„Przyznaj, tato, nie robisz tego ze względu na sztukę. Robisz to po to, aby znów poczuć, że coś znaczysz. Na całym świecie ludzie walczą każdego dnia o to, aby coś znaczyć.”

Czy dążenie do perfekcji w życiu i próba uczynienia swojego istnienia wyjątkowym ma jakikolwiek sens? Czy to nas uszczęśliwia, czy może sprawia, że nie cieszymy się swoim życiem takim, jakim jest, w efekcie nigdy nie osiągając pełnej satysfakcji? Birdman w reżyserii Alejandra Gonzáleza Iñárritu stara się zmusić widzów do zastanowienia się nad tymi pytaniami.



„Birdman” jest wycinkiem z życia Riggana Thomsona (Michael Keaton), aktora, który przed laty zdobył sławę grając tytułowego superbohatera. Teraz Thomson stara się przypomnieć światu o swoim istnieniu, wystawiając na Broadwayu sztukę opartą na opowiadaniu Raymonda Carvera. Jesteśmy świadkami potyczek Riggana z producentem (wyjątkowo niedenerwujący Zach Galifianakis) oraz z narcystycznym gwiazdorem, Mike’iem Shinerem (Edward Norton). Thomson próbuje nie tylko przypomnieć o sobie widzom, ale również poprawić relacje z rodziną: córką Sam (Emma Stone), która po odwyku pracuje jako jego asystentka, oraz byłą żoną Sylvią (Amy Ryan).

Iñárritu, którego kojarzę jako reżysera tworzącego naprawdę pesymistyczne obrazy (takie jak Amores Perros czy Biutiful), tym razem zdecydował się nakręcić coś, co nie przytłacza tak bardzo i nie sprawia, że mam ochotę zwinąć się w kłębek i przespać tydzień, myśląc o okropnościach, z jakimi muszą zmagać się ludzie. W żadnym razie nie można zaliczyć „Birdmana” do filmów odznaczających się pozytywnym nastrojem, jednak można tutaj dostrzec odrobinę nadziei, wiary w to, że może to nasze życie nie jest tak do końca pozbawione sensu.


Reżyser podjął ryzykowną decyzję stworzenia w „Birdmanie” iluzji, która sprawia, że wydaje się, iż film składa się z dwóch długich ujęć. W rzeczywistości cięć jest sporo, jednak zostały one tak zamaskowane, że wiele z nich nie sposób jest wyłapać po pierwszym seansie (sama co jakiś czas zdawałam sobie sprawę, że zamiast skupić się na dialogach, szukam tych niewidzialnych cięć). W efekcie możemy podziwiać piękne, technicznie idealne mastershoty, dzięki którym obraz wręcz płynie. Widz ma wrażenie, że nieustannie obserwuje bohaterów, zagląda w każdy kąt St. James Theater, wędrując przez wąskie korytarze, i jest nie tyle obserwatorem, co uczestnikiem zdarzeń. Za cudowną pracę kamery odpowiedzialny jest Emmanuel Lubezki, laureat Oscara za zdjęcia do „Grawitacji”. W tym roku również dostał nominację do nagrody Akademii i myślę, że ma spore szanse odniesienia kolejnego sukcesu.

Ogromnym atutem „Birdmana” jest kreacja Michaela Keatona, który przecież sam kiedyś grał superbohatera w burtonowskich Batmanach, zaś w ostatnich latach nie dostawał ciekawych ról i odszedł trochę w niepamięć. Zresztą oglądając Keatona w roli Riggana Thomsona wydaje się, że on nie gra, tylko nim jest – i to nie tylko ze względu na podobieństwa między bohaterem a aktorem. Tą rolą Keaton wzbija się na wyżyny aktorstwa. Oglądając jego Thomsona wydaje się,  że aktorstwo jest banalnie łatwym zawodem – wystarczy przecież tylko pojawić się na planie i grać. Lekkość i naturalność Keatona sprawia, że wierzymy w jego postać, której historia być może jest dość banalna, jednak przedstawiona została tak, że możemy się z nią utożsamić.  

„Birdman” przepełniony jest gorzką ironią. Dostaje się wszystkim: egocentrycznym aktorom, żądnym zysków producentom, mało wymagającym od kina widzom oraz recenzentom, którym wydaje się, że trzymają świat kultury w garści, a ich słowo jest prawem (na marginesie muszę dodać, że Lindsay Duncan w roli zmanierowanej dziennikarki wypadła świetnie). Jedną z moich ulubionych scen w filmie jest ta, gdy „Birdman” śmieje się nawet z siebie samego, ustami superbohatera podążającego za Thomsonem twierdząc, że film jest przeintelektualizowany.


Reżyserowi udało się stworzyć świat, który zarazem jest nierealny, jak i osadzony w konkretnej przestrzeni. Nie wychodzimy poza St. James Theater, wspominani są aktorzy, którzy są popularni w tym momencie i mamy poczucie, że akcja dzieje się tu i teraz, w znanym nam świecie. Jednocześnie raczeni jesteśmy scenami, których nijak nie można racjonalnie wytłumaczyć. Taka kreacja świata przedstawionego jest niezwykle trudna, ponieważ łatwo jest przedobrzyć w którąś ze stron, czego efektem będzie dysonans ze strony odbiorcy, poczucie, że to, co widzi na ekranie, jest po prostu naiwną, niespójną bajką. Iñárritu tak to wszystko skonstruował, że wierzymy w opowiadaną przez niego historię.


„Birdman” jest filmem bardzo specyficznym, pełnym ironii, umowności i realizmu magicznego. Sęk tkwi w tym, aby zaakceptować przyjętą przez twórców konwencję. W przeciwnym razie można wyjść z seansu zawiedzionym. Ja zostałam wciągnięta w ten świat, oczarowana historią, aktorstwem na najwyższym poziomie oraz klimatyczną muzyką. Właśnie dla takich filmów istnieje kino. 

__________________________________________

Grafika z początku wpisu pochodzi stąd
Tutaj można przeczytać (po angielsku) ciekawy artykuł dotyczący technicznej strony filmu. 

Nie jestem do końca przekonana co do tej recenzji, jakoś ciężko mi się ją pisało... Ale chyba udało mi się przekazać to, co zamierzałam :)

1 komentarz:

  1. "Sęk tkwi w tym, aby zaakceptować przyjętą przez twórców konwencję."
    Coś w tym jest. :)
    Mnie Birdman nie zachwycił, ale zgadzam się, że Lubezki spisał się świetnie. :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...