Nasycenie kolorów, bajkowa, pełna przepychu sceneria, niemalże symetryczne ujęcia, czarujące detale. To wszystko sprawia, że każdy kadr pochodzący z "Grand Budapest Hotel" Wesa Andersona można by oprawić w ramkę, powiesić na ścianie i zachwycać się jak arcydziełem. Wydaje się, że żaden szczegół nie jest pozostawiony przypadkowi. Wszystko zostało perfekcyjnie zaplanowane, od kolorów hotelowych ścian, poprzez detale kostiumów, do wymierzonego co do milimetra miejsca ustawienia dekoracji. Oglądanie "Grand Budapest Hotel" przypomina podziwianie pięknego, lukrowanego ciastka, którego żal jest ugryźć.
Głównym miejscem akcji nowej produkcji Andersona jest tytułowy hotel, położony w fikcyjnej Republice Zubrowki w Środkowej Europie. Szkatułkowa kompozycja pozwala na przedstawienie aż czterech osi fabularnych, pokazujących sytuację hotelu bądź wybranych bohaterów w poszczególnych latach. Przeskakujemy więc ze współczesności, poprzez lata 80. i 60., do lat 30., które stanowią główny wątek snutej przez Andersona opowieści. W tym czasie, gdy nad Europą wisi widmo niedopowiedzianej wojny, konsjerżem tytułowego hotelu jest słynący z zamiłowania do perfum L'Air de Panache oraz dojrzałych wiekowo klientek Pan Gustave H. Razem ze swoim protegowanym, boyem hotelowym Zerem Mustafą, zostaje wplątany w pewną intrygę, która zawiera to, co każda szanująca się intryga zawierać powinna: niesłuszne oskarżenia, morderstwa, pościgi oraz bardziej bądź mniej efektowne ucieczki.