spojlery!
Przed emisją finału sezonu "Doctora Who" można być pewnym jednego: będzie mnóstwo emocji, akcji, dramatów i łez. Nie zawsze jednak ostateczna ocena jest pozytywna. Tym razem Stevenowi Moffatowi udało się napisać świetny odcinek, który nie rozczarował, co ostatnio zdarzało się zbyt często. Stworzył śmierć (dużo śmierci...) i zniszczenie - jak zwykle - jednak oprócz tego finał trzymał dobry, równy poziom.
Tak, jak myślałam (moje ulubione wyrażenie), Ziemia Obiecana nie była prawdziwymi zaświatami, a 3W i krzyki ludzi mających zostać skremowanymi okazały się jedynie fasadą. Tylko czy dotarło to do straumatyzowanych przez Moffata w "Dark Water" dzieci (nadal uważam ten pomysł za niewybaczalny)? Skakanie po ludzkiej historii i zbieranie zmarłych do "chmury" to plan godny Mistrza i ciekawe rozwiązanie - nie mam do tego żadnych zastrzeżeń. Chyba każdy chciałby mieć milionową armię Cybermanów (z napędem odrzutowym!), gotową wykonać każdy rozkaz. Nie? Okazuje się, że nie do końca. Przekazanie władzy Doktorowi to najlepsza zagrywka ze strony Mistrza. I - biorąc pod uwagę przebieg ósmego sezonu - do samego końca nie byłam pewna, jaką decyzję podejmie Dwunasty.




